poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Memento vs Incepcja



Memento, Christopher Nolan, 2000
Incepcja, Christopher Nolan, 2010


Wygląda na to, że Christopher Nolan podąża prostą drogą ku czemuś, co nazywam 'kinem obsesyjnym'. Niby kręci różne filmy, zmienia scenografie, eksperymentuje z odległymi od siebie gatunkami, ale tak naprawdę ciągle mówi o tym samym.

Przypomina mi w tym trochę Shyamalana, który czego się nie tknie i czego nie wymyśli, to na koniec zawsze zada to samo pytanie i sam sobie na nie odpowie. Obiło mi się o uszy, że Shyamalan robi się przez to nudny, że skończył się na 'Szóstym zmyśle' i jeśli ktoś nie podziela jego obsesji, to wystarczy że obejrzy jeden z jego filmów, aby za jednym zamachem poznać całą jego twórczość, również tę przyszłą. Całkiem być może. Shyamalan zajmuje się jednym z klasycznych 'przeklętych problemów' tj. stawia odwieczne pytanie, czy świat jest Komunikatem, czy za zdarzeniami czasami kryje się sensowna interwencja, czy to co widzimy, to tylko powierzchnia życia pod którą czai się jakaś nieodgadniona głębia, czy też może rzeczywistość wyczerpuje się w tym, co policzalne i naukowo opisywalne.

Z Nolanem jest podobnie. Jego 'obsesją' jest kwestia ludzkiej Tożsamości. Czym jest to coś, co powoduje, że jesteśmy tacy, jacy jesteśmy? Czy istnieje jakiś niemodyfikowalny rdzeń naszego jestestwa, który czyni nas w pełni zdefiniowanym człowiekiem? A jeśli istnieje, to skąd pochodzi? Mamy to, bo mamy, czy może ktoś nam to dał? I najważniejsze, czy istnieje jakiś Gwarant naszego człowieczeństwa? Czy ktoś tego pilnuje, abyśmy byli ludźmi, czy może jesteśmy, owszem - skomplikowanym, ale jednak związkiem chemicznym, który może podlegać nieskończonej manipulacji w zależności od umiejętności manipulującego. Czy to, co uważamy, że czyni nas wyjątkowymi na tym świecie, jest z tego samego porządku, co cała 'fizyczna', zmysłowa reszta, której można wyrządzić dowolną krzywdę, można ją zmienić a nawet można nam ją odebrać? Czy istnieje niewidzialna granica ingerencji, której żadna ludzka moc nie jest w stanie przekroczyć? Czyli mówiąc krótko - kim jesteśmy?

To pytanie, tę dramatyczną wątpliwość najlepiej widać w 'Memento', które - chyba ze względu na surowość i oszczędność scenariusza - formułuje problem w sposób najbardziej dobitny. Główny bohater na skutek tragicznej śmierci żony cierpi na utratę pamięci krótkotrwałej (tak to się chyba nazywa) tzn. nie pamięta zdarzeń z najbliższej przeszłości. To jest właśnie kluczowe - Leonard zachował całą pamięć na temat przeszłości sprzed morderstwa, jego wiedza na temat siebie i świata nie zmieniła się ani o jotę i jedyne, co mu dokucza, to całkowite zagubienie w codziennej bieżączce a jednak wygląda na to, że ten jeden defekt, czasami nawet w skutkach zabawny, zmienia go z człowieka w potwora. Wygląda na to, że jeśli odebrać człowiekowi jedno z podstawowych narzędzi przechowywania i obrabiania danych (i to nawet nie odebrać w całości, ale w jakimś fragmencie) tj. pamięć, człowiek sypie się jak domek z kart, traci całą swoją integralność. Tak jakby człowiek był li tylko mechanizmem - robotem, który kiedy wyciągnąć z niego jakąś ważną śrubkę, zatnie się i zamiast nalać nam kawy do kubka, wyleje nam ją na głowę.

'Incepcja' mówi o tym samym, ale chyba jest zbyt efektowna, aby od razu to dostrzec (w ten oto dyplomatyczny sposób ustosunkowałem się do negatywnych recenzji, które uważam za całkowite nieporozumienie). 'Incepcja' nie jest drugim 'Matrixem' i nigdy nie chciała nim być. To, co łączy oba filmy, jest niestety widoczne na pierwszy rzut oka i może dlatego przesłania fundamentalne różnice. Przede wszystkim wirtualny świat 'Matrixa' był spiskiem przeciwko ludzkości, był projektem globalnym, którego istotą było utrzymywanie całego przedsięwzięcia w tajemnicy. W 'Incepcji' światy wirtualne są indywidualne i w pełni świadome - śniący chce śnić i wie, że śni. Ucieczka w sen jest buntem przeciwko rzeczywistości, jest próbą ulepszenia świata podług własnej zachcianki. I w tym sensie 'Incepcji' dużo bliżej chociażby do 'Surogatów', ale na pewno nie 'Matrixa'. Zresztą istotą fabuły wcale nie są malownicze krajobrazy wirtualnego świata, ale eksperymenty z subiektywnym poczuciem Czasu - każdy kolejny 'sen we śnie' spowalnia upływ czasu, co np. oznacza, że śmiertelnie ranny człowiek w śnie na poziomie nr 1, na poziomie nr 5 ma zamiast 10 sekund życia - 10 godzin. Innymi słowy - fundamentalną cechą wirtualnego świata 'Incepcji' nie jest matrixowska plastyczność i swoboda w jego kreacji, ale specyfika upływu czasu, to ona organizuje następstwo zdarzeń.

Ale nawet nie o to w tym chodzi. Istotą sprawy jest próba włamania się do umysłu (duszy?) jednego z bohaterów, aby dokonać w nim rzeczy niewiarygodnej - zaszczepić w nim myśl, która stoi w absolutnej sprzeczności z jego naturą i najlepiej rozumianym interesem. Wraca zatem pytanie o ludzką tożsamość, o granice modyfikacji naszej osobowości. Czy istnieje w nas coś wiecznego, coś czego nikt i nic nie może zmienić? Czy możemy czuć się bezpiecznie z samym sobą? Czy posiadamy jakiś mechanizm obronny (ale nie taki jak w filmie - czyli techniczne sztuczki wytrenowane ze specami od sennych manipulacji), czy ktoś pilnuje, że obudzimy się jutro tacy sami, jakimi położyliśmy się wczoraj spać? Czy jest w nas jakiś trwały element, na który człowiek nie może mieć wpływu, a zatem element nie z tego świata?

Nolan zawiesza swoją odpowiedź, ale zawiesza tak, jakby nie chciał wypowiedzieć na głos czegoś, czego jest prawie pewny. Jakby bał się, że gdy nazwie rzecz po imieniu, odbierze sobie resztkę nadziei. Pozostaje na etapie poszukiwań wstrzymując się od ostatecznych wniosków w tak ciężkim i dramatycznym momencie, że trudno nawet uznać, że jeszcze w coś wierzy, ale raczej CHCE wierzyć.

wtorek, 20 lipca 2010

Miasto ślepców



Miasto ślepców (Blindness), Fernando Meirelles, 2008


Po raz pierwszy w życiu złamałem swoją żelazną zasadę, że nie szukam w necie nic o filmie, o którym zamierzam napisać. Tym razem moja intuicja podpowiadała mi, że jedynym problemem Miasta ślepców jest jego scenariusz, który najprawdopodobniej nie oddaje, tak jakby mógł, całej głębi tej niesamowitej historii. 'Nie oddaje' nie w tym sensie, że coś pomija, ale dlatego, że próbuje opowiedzieć więcej niż opowiedzieć jest w stanie. Chce zmieścić więcej niż się da, niż tworzywo, forma i specyfika medium pozwala. Tak jakby reżyser zbyt kochał książkę, aby zrobić na jej podstawie dobry film. Jakby nie mógł się zdecydować, co odrzucić nie gubiąc jednocześnie tego, co najważniejsze. No i w efekcie opowiedział za dużo skupiając się w 2/3 filmu na wątku, który poprowadził po prostu genialnie, po to tylko, aby zepsuć wszystko końcówką, która nijak ma się do całej reszty i, co gorsza, wymowę tej reszty osłabia.

Ludziki w necie, jak to ludziki w necie - dla większości z nich książka zawsze będzie lepsza tylko dlatego, żeby pokazać wyższość nad tymi, którzy książki nie czytali. Ale coś chyba jest na rzeczy, bo niektórzy zastanawiali się, jak ktoś, kto nie zna książki, może przełknąć końcówkę filmu, która wygląda tak, jakby ktoś wyrwał reżyserowi kamerę i dokręcił 'swoje' Miasto ślepców, próbując na szybko dopowiedzieć to wszystko, co zostało pominięte.

W swojej zasadniczej części Miasto ślepców jest doskonałą antyutopią, śmiało konkurującą z prześwietnym Dystryktem 9. Pewnego dnia, ni stąd ni zowąd, młody mężczyzna ślepnie w swoim samochodzie na środku ulicy. Jakiś podejrzany typek pomaga mu dostać się do domu i jednocześnie kradnie mu samochód. W szpitalu okazuje się, że nie istnieje żadna, opisana przez medycynę przyczyna, która mogłaby być spowodować jego ślepotę. Dzień później traci wzrok złodziejaszek, potem lekarz, który obu badał. Okazuje się, że świat opanowała epidemia ślepoty, której pochodzenia nikt nie zna. Po raz pierwszy w historii ludzkości ślepota jest zaraźliwa.

Dobry rząd, który pochyla się troską nad każdym obywatelem, umieszcza wszystkich zarażonych w obskurnej ruderze, która stanowi 'miejsce kwarantanny' do czasu, gdy najtęższe medyczne mózgi i wszystkie możliwe międzynarodowe komisje opracują lekarstwo. Chorych przybywa z każdą godziną, zaczyna brakować miejsca, żeby ich wszystkich pomieścić, a światowy rząd pracuje dalej. Ślepi są całkowicie odcięci od reszty świata, pilnowani przez uzbrojonych strażników, którzy mają rozkaz zabić każdego, kto spróbuje uciec. Nikt się nimi nie zajmuje, gdyż ślepota jest przecież zaraźliwa. Raz na jakiś czas dobry rząd wrzuca im przez druty kolczaste jedzenie i to wszystko. Ślepi, potykając się o siebie, srając pod siebie, brudni i śmierdzący próbują jakoś przetrwać i gdyby nie fakt, że jest z nimi kobieta, która widzi (żona lekarza, która jako jedyny człowiek jest odporna na wirus, ale udaje ślepą, aby być z mężem), pewnie większość zginęłaby po kilku dniach.

Jednak Miasto ślepców nie jest antyutopią, która pokazuje bankructwo pomysłów o dobrym rządzie, który może wszystko, aby nam nieba przychylić. Nie ta liga i nie ta antyutopia. Rząd jest w tym filmie gdzieś daleko i żaden ze ślepych od początku nie ma żadnych złudzeń, że ktokolwiek im pomoże. Idea dobrego rządu jest skompromitowana na wejściu i tak już pozostanie do końca.

Po pierwsze: Miasto ślepców rozprawia się ze złudzeniem, że cywilizacja rozumiana jako powszechnie akceptowany kodeks postępowania (który co do istoty rzeczy jest zbiorem zakazów i ograniczeń) stanowi jakąś trwałą podstawę naszej egzystencji. W momencie, gdy w społeczności znika element wstydu, człowiek zamienia się w bydlę, które nie liczy się z niczym. Gdy ludzie tracą wzrok, czyli - choć sami ślepi - stają się tak naprawdę niewidzialni dla innych, nie ma nic, co by ich powstrzymało przed robieniem rzeczy najgorszych. Gdy znika groźba kary, najpierw rodzi się najprymitywniejszy hedonizm a na końcu zbrodnia. Teoretycznie nie ma przecież powodu, aby zamienić się w zwierzę - ludzie stracili 'tylko' wzrok. Reszta zmysłów, kultura, 'prawo moralne we mnie' - wszystko to powinno zostać na swoim miejscu. Wystarczy jednak czapka niewidka, aby wielowiekowa cywilizacja wykuwająca w trudzie i znoju zasady gwarantujące dobre życie, okazała się cieniutką politurą z bardzo kiepskiego lakieru. Degeneracja postępuje w tempie błyskawicznym i obejmuje wszystkich. Niektórzy chodzą na golasa drapiąc się po brudnych tyłkach, inni leżą jak mumie robiąc, gdy pojawi się potrzeba, pod siebie, jeszcze inni snują się bez celu czekając na jedyny ważny moment w ich życiu - gdy w końcu rzucą żarcie. I nikt się niczemu nie dziwi, nikomu nic nie przeszkadza, gdy brodząc po kostki w śmieciach i odchodach, potykają się o kopulujące na korytarzu pary. Póki nikomu nie przeszkadza, że są obrzydliwymi świniami, zaakceptują każdą inną świnię. Taki wolnościowy 'deal'.

Po drugie: skoro już jesteśmy przy wolności. Paradoksalnie getto ślepych jest projektem bardzo wolnościowym, bo gdy podmienimy ruderę na wyspę a strażników na groźne fale oceanu, które w sposób 'naturalny' uniemożliwiają wydostanie się z niej, to mamy taką trochę katalaksję i to z bonusem, że żarcie ludziom spada z nieba. Nikt, żaden rząd i żaden urzędnik nie wnika, co ci biedni ludzie będą tam robić, na jakich zasadach się zorganizują (jeśli w ogóle się zorganizują). Więcej - ślepym odpada problem dyskomfortu 'normalnego' człowieka polegający na przykrej świadomości egzystencji na małej przestrzeni, gdyż wskutek swojej ślepoty nie mają świadomości przestrzeni. Nie odczuwają ciasnoty, ponieważ ich horyzont wyznacza wielka biała plama - jedyne co widzą. Żyć nie umierać.

I jak się organizują? Ano tak, że na kwarantannę trafia w końcu jakiś podrzędny rzezimieszek, któremu udaje się przemycić broń. Rzezimieszek ogłasza się monarchą i informuje wszystkich, że to on będzie rozdzielał żarcie a kto mu podskoczy, to zabije strzelając na oślep. Z etapu 'rozdzielania' szybko przechodzi do etapu 'sprzedawania', najpierw ograbia resztę ze wszystkiego, co tam ze sobą wzięli, a potem każe sobie płacić w naturze gwałcąc wraz ze swoją bandą wszystkie kobiety.

Niestety on jeden nie był wolnościowcem i, pech chciał, on jeden miał pistolet, czyli dysponował Siłą, której pozostali ślepi albo musieli się podporządkować, albo zginąć z głodu. Choć tak naprawdę, nikt z uwięzionych nie był żadnym wolnościowcem, nikt nie narzekał na niesprawiedliwość i ględził o prawach, które ktoś im w sposób zbrodniczy odebrał. Cały wysiłek sterroryzowanych był skupiony na wymyśleniu jakiegoś sposobu, aby gnojka się pozbyć. No może oprócz lekarza, z głową nabitą pierdołami, który jeden jedyny raz spróbował w jawnej konfrontacji odwołać się do sprawiedliwości. Rzezimieszek zabrał mu wtedy połowę żarcia, dał w mordę, przystawił spluwę do głowy i kazał sobie podziękować.

Do tego momentu Miasto ślepców jest filmem znakomitym. Mówi coś bardzo ważnego i robi to doskonale, podsuwając nam scenki, kap, kap, jedna po drugiej i jedna lepsza od drugiej. Fabuła w tej części jest uboga i taka ma być, komentarza nie ma praktycznie żadnego. Mamy do czynienia z arcydziełem małych form splecionych i zorganizowanych według jednego klucza, oświetlających główną ideę ze wszystkich możliwych perspektyw. I wszystko gra aż do chwili uśmiercenia samozwańczego tyrana, gdy okazuje się, że nikt już nie pilnuje getta, bo cały świat oślepł i można wyjść na 'wolność'. I właśnie o tę 'wolność' mi chodzi, o tę nieuprawnioną sugestię, że w momencie ucieczki, coś się dla tych ludzi zmieniło. Nie wiem, jak to jest opisane w książce, ale w filmie ten przeskok ze stanu niewoli do stanu wolności jest kompletnie niewiarygodny i nie do obrony. Co do zasady nic się dla tych ludzi nie zmienia, oprócz powierzchni terenu, po którym się poruszają. Na wolności tak samo nic nie widzą, tak samo ktoś w każdej chwili może ich zabić, tak samo są bezbronni, z tą tylko różnicą, że żarcia już nikt nie dostarcza pod nos, tylko samemu trzeba je gdzieś zdobyć.

Dzięki żonie lekarza udaje im się znaleźć trochę frykasów w zdewastowanym supermarkecie, odnajdują swój dom i urządzają wspaniała kolację ze świecami i lampką szampana celebrując zwycięstwo wolności nad niewolą.

I to jest właśnie bez sensu. Jakby sam reżyser nie rozumiał, jaka wagę miało to, co wcześniej nam pokazał; jakby sam nie pojął metafory, którą z takim talentem stworzył. Trzeba przeczytać książkę, bo aż trudno w to uwierzyć. Może tam będzie jakieś wyjaśnienie.