wtorek, 2 listopada 2010

Bridges of Madison County



Bridges of Madison County, Clint Eastwood, 1995


To chyba Cat - Mackiewicz napisał w jakimś eseju, że nikt lepiej nie potrafi dotrzeć do istoty ateizmu jak prawdziwy chrześcijanin, bo tylko prawdziwy chrześcijanin zna wszystkie jego uroki i pokusy. Bo dopiero na tle chrześcijaństwa, w duszy człowieka głęboko wierzącego, ateizm może wydać się naprawdę atrakcyjny. Napisał to, gdy po raz kolejny próbował uporać się z fenomenem Dostojewskiego, którego uważał za geniusza z wrażliwością tak mroczną i piękną zarazem, z talentem tak wielkim i niepokojącym, że aż chwilami bluźnierczym. Cat nie mógł zrozumieć, jak ktoś taki jak Dostojewski, człowiek wręcz opętany ideą Boga i próbujący nawrócić cały świat, potrafił na setkach stron swoich powieści prowadzić fascynujący dialog z gigantami ateizmu, których sam przecież stworzył i którym dał do ręki najlepsze argumenty przeciwko Bogu; argumenty, na które - jak twierdził Cat - prawdziwi ateiści nigdy by nie wpadli. Cat dostrzegał w tym oczywiście intelektualną uczciwość, rozumiał, że Dostojewski chciał pokonać przeciwnika naprawdę wielkiego, który - jeśli był za mały - to należało mu trochę pomóc, ale z drugiej strony domyślał się jakiejś potężnej walki demonów wewnątrz samego Dostojewskiego, ponieważ jego ateiści mieli również pasję, i właśnie ta pasja, i tylko ta pasja, niepokoiła Cata naprawdę.

Piszę o tym wszystkim dlatego, bo dostrzegam tutaj pewną analogię z Eastwoodem i jego Bridges of Madison County; podkreślam - 'pewną', ponieważ chodzi mi tylko i wyłącznie o metodę 'na Dostojewskiego', czyli obdarzenie oponenta argumentami o takiej sile rażenia, stworzenie sobie z przeciwnika takiego potwora, że gwarancji na jego pokonanie nie ma żadnych. Nie wiadomo, czy po przeczytaniu 'Braci Karamazow' ktoś nie dał się przekonać starszemu z braci i tak samo nie wiadomo, czy po obejrzeniu Bridges ktoś nie uznał, że cały ten konserwatyzm to jedno wielkie oszustwo, parciany uniform skrojony dla małokalibrowych ludzi o sercach pustych, potrzebach - małych, i życiach pozbawionych głębszego sensu.

Niemniej, teza Eastwooda jest taka - tylko prawdziwy konserwatysta potrafi przeżyć i zrozumieć Wielką Miłość, miłość romantyczną, doskonałą, miłość, która obiecuje cały świat, która jest prawdziwym cudem, czymś na kształt Daru Niebios. Ale potrafi ją przeżyć i zrozumieć po to tylko, aby ją odrzucić, ponieważ człowiek odpowiedzialny, człowiek uczciwy i dobry stanowi nie mniej ni więcej tylko, jak mówi Meryl Streep w scenie rozstania, 'konsekwencję (rezultat) decyzji, które w życiu podjął'.

Przez cały film Eastwood igra z ogniem, i według mojego najgłębszego przekonania, wychodzi z tej niebezpiecznej zabawy zwycięsko. Film jest po prostu świetny, bo prawdziwy i uczciwie wzruszający i jeśli ktoś kochał, to odnajdzie się w nim od pierwszej sekundy, bo nie wyczuje tam ani jednej fałszywej nuty. I jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to - załatwmy to od razu - przyczepiłbym się do niepotrzebnej klamry retrospekcyjnej tj, wprowadzenia do fabuły dodatkowego widza, który w czasie rzeczywistym komentuje na bieżąco to, co wyczytał z pamiętnika Francesci. Tak jakby Clint nie wierzył w jasność przekazu i potrzebował obiektywnego obserwatora, który uświadomi prawdziwym widzom, że ten romans należy 'właściwe zrozumieć'. Niepotrzebnie. Jestem przekonany, że wszyscy rozumieją tę historię tak, jak trzeba.

Film jest świetny również dlatego, że Clint stawia sobie poprzeczkę bardzo wysoko - jako aktorowi i jako reżyserowi, ponieważ burzy z hukiem stereotyp Eastwooda - twardziela, który nie ma w życiu żadnych wątpliwości, a jeśli nawet ma, to i tak się nimi z nami nie podzieli, bo obnoszenie się ze swoimi dylematami jest zajęciem niemęskim, zwłaszcza w świecie, który wymaga od nas spiżowych zasad i szybkiego działania. W Bridges to Clint (Robert) robi za romantycznego kochanka, artystę - obieżyświata, lekkoducha, który 'nie jest przecież mnichem'. To on wprowadza zamęt. To on próbuje, już na etapie końcowych deklaracji, rozbić rodzinę, to on robi wszystko, aby być szczęśliwym choćby w opozycji do całego świata

Zresztą cała historia jest o dylemacie, o nierozwiązywalnym problemie tj. nierozwiązywalnym w taki sposób, aby wszyscy byli szczęśliwi. To nie jest świat, w którym istnieją bezwzględnie dobre decyzje, gdzie dobro zwycięża kosztem zła; istnieją oczywiście decyzje bezwzględnie słuszne, istnieje coś, co 'należy zrobić', ale przekonania, że dobro zwyciężyło a zło zostało ukarane w Bridges nie dostaniemy. I jeśli będziemy na końcu płakać (a to mamy jak w banku), to na pewno nie będą to łzy szczęścia i satysfakcji.

Myślę, że Eastwood nie zadowoli swoim filmem żadnej ze skrajności: ani tych, którzy kibicują porywom serca i wolnej miłości (bo żona jednak nie zostawia męża), ani tych ultrakonserwatystów, którzy sam fakt wątpliwości uznają za zdradę rodziny i małżeństwa. Bo Eastwood opisuje Prawdziwą Miłość i jest w tym konsekwentny aż do końca. Od początku buduje jej pomnik, krok po kroku, w znakomitych, prostych scenach, bez patosu, z humorem, z doskonałym wyczuciem języka, idealnie balansując między nieśmiałością, rozterką i wielkim, unikalnym uczuciem.

W Bridges nie ma żadnej równowagi między obietnicą nowego życia a siermiężną rzeczywistością Iowa. Miłość, która spadła jak grom z jasnego nieba, jest lepsza od tego, co jest, dosłownie we wszystkim. To jest tak, jakby Francesca i Robert urodzili się po raz drugi. Nie ma żadnego konfliktu realnych światów, bo świat zastany jest niczym, nawet nie namiastką, wobec tego, co oboje mogą jeszcze razem przeżyć. Życie Francesci jest płytkie, rutynowe i nudne i, nie ma żadnych wątpliwości, takim już pozostanie. Jej mąż, dzieci, okolica nigdy już się nie zmienią. Francesca jest z tym pogodzona, choć widać od razu, że pod maską tradycyjnej 'housewife', kryje się temperament i możliwości, które wykraczają daleko poza horyzont amerykańskiej prowincji. Ale to nie jest tak, że Robert odnajduje tę słabość, a następnie ją wykorzystuje. Francesca jest pogodzona ze swoim losem, jest doświadczoną kobietą, która wie, co jest w życiu grane i jakiś sprytny bawidamek nie zawróci jej w głowie. Eastwood dba o to przez cały film, aby nikt nawet przez chwilę nie pomyślał, że to jakieś chwilowe zauroczenie, jakaś wymykająca się spod kontroli słabość, która przeradza się w chorą namiętność. Rzecz w tym, w tym cały sens i istota sprawy, że ta miłość jest prawdziwa.

Francesca rozumie, że w końcu będzie musiała dokonać wyboru, ale rozumie również, że wybór nie dotyczy dwóch różnych światów, z których jeden jest beznadziejny i przewidywalny, a drugi jest rajem na ziemi. Gdyby na tym miał polegać jej wybór, to sprawa byłaby prosta. Francesca wie, ze tak naprawdę musi wybrać między Wartościami, w jakimkolwiek świecie nie byłyby zakotwiczone, a światem, który by te wartości zniszczył. Nie sądzę, aby bała się zdrady, ostracyzmu małomiasteczkowej społeczności, nie sądzę również, aby bała się własnego męża, któremu musiałaby to wszystko powiedzieć w oczy. Myślę, że bała się samej siebie, wiedziała, że nigdy by sobie tego nie wybaczyła. Odrzuca miłość, zdaje sobie sprawę, że odrzuca coś, co zdarza się tylko raz w życiu, ale jej decyzja nie ma prostego wymiaru czysto międzyludzkiej relacji - przeżyłaby rozpacz swojego męża i szok swoich dzieci, gdyby wiedziała, że robi słusznie. Ale wiedziała, że nie robi.

Do końca życia pozostała 'konsekwencją swoich wcześniejszych wyborów', mimo że beneficjenci jej wyborów nigdy nie potrafili tego docenić. Dopiero na łożu śmierci mąż powiedział jej, jak bardzo ją kochał. Niewykluczone, że uznała to za wystarczającą rekompensatę za to wszystko, czego w życiu nie zrobiła, a mogła zrobić.

wtorek, 5 października 2010

Wrogowie Publiczni vs Gorączka



Wrogowie Publiczni, Michael Mann, 2009
Gorączka, Michael Mann, 1995

Jest pan pewny siebie, ma silny charakter. Z daleka, przy przewadze liczebnej nie brak panu odwagi, ale w bezpośredniej konfrontacji, gdy na pewno ktoś zginie... Ja jestem przyzwyczajony, a pan?

W ten właśnie sposób John Dillinger (Depp) – bezczelny rabuś, który nie oglądając się na nic bierze ze świata, co tylko zechce – podsumowuje krótką rozmowę ze śledczym, który właśnie go złapał i posadził w więzieniu. Po paru minutach pogawędki Dillinger już wie, że nie ma się czego obawiać. Jego pozycja Samca Alfa w społeczeństwie tchórzy i konformistów, póki co, nie jest niczym zagrożona.

I to jest właściwie jedyna różnica między „Gorączką” a „Wrogami Publicznymi”, bo i ile w „Gorączce” spotyka się dwóch Samców Alfa, którzy walczą o to samo terytorium i wiadomo, że jest tylko kwestią czasu, gdy spotkają w ostatecznym starciu, o tyle we „Wrogach” Samiec Alfa spotyka się z człowiekiem, który takim Samcem Alfa bardzo chciałby być, ale nim nie jest, nigdy nie będzie i – ku swojej udręce – doskonale o tym wie. I jeśli nienawidzi takich jak Dillinger, to nie dlatego, że kocha ład, porządek i prawo, ale dlatego, że zdaje sobie sprawę, iż na coś takiego, co wyprawia Dillinger, nigdy nie będzie go stać. Nie ma dość odwagi, determinacji, siły i inteligencji – czyli po prostu jaj. Nie tak jak Vincent Hanna (Pacino) w „Gorączce”, który nie kryje podziwu dla swojego przeciwnika, aranżuje spotkanie i stwierdza w końcu, że obaj są identyczni i że ktoś tutaj będzie musiał umrzeć, bo takich dwóch nie może żyć obok siebie w zgodzie. Melvin Purvis (Bale) spotyka się z Dillingerem w areszcie i wygłasza swoje mądrości będąc bezpiecznie odzielonym od niego stalowymi kratami. Ogłasza swoje zwycięstwo w walce, której nigdy nawet nie próbował uczynić ‘równą’. Hanna zaprasza Neila (De Niro) na kawę, stawia sprawę jasno, przedstawia ofertę (jak nie przestaniesz, to cię zabiję) i dowiaduje się, że oferta zostaje odrzucona, bo nie można zmusić Samca Alfa, aby zajął się ‘grillem i futbolem’. Kiwa ze zrozumieniem głową i odjeżdża. Wszystko jest jasne.

Takiego porozumienia między Dillingerem a Purvisem nigdy nie będzie. Hanna zabija Neila w równej walce dwóch wojowników, stając z nim oko w oko, okazuje się lepszy w sytuacji, jaką opisał Dillinger. Dillinger umiera od strzału w plecy, wychodząc z kina i niczego się nie spodziewając, ginąc z ręki ‘chłopców z Dallas’, których Purvis ściągnął sobie do pomocy.

„Wrogowie Publiczni” i „Gorączka” są tak podobne, że można chyba uznać, iż stanowią jakąś świadomą kontynuację wątku Samca Alfa we współczesnym świecie, bo trudno podejrzewać takiego mistrza jak Mann o świadomy autoplagiat (z braku przysłowiowej weny). I w jednym i drugim przypadku mamy do czynienia ze świetnie zorganizowaną grup(k)ą przestępczą, której siła opiera się na osobowości przywódcy. I jedni i drudzy rabują banki, robią to w biały dzień, zuchwale i bez dbałości o jakiekolwiek pozory legalności. Kradną i zabijają, jeśli muszą – i tak właśnie ma to być odebrane przez cały świat: że kradną i zabijają, jeśli ktoś spróbuje ich przed tym powstrzymać. Tak jakby zbrodnia miała być czymś więcej niż zwykłą kradzieżą, jakby miała być informacją, którą wszyscy powinni sobie przyswoić – oto z kim macie do czynienia. Podobieństwa sięgają nawet szczegółów fabuły – mamy powtarzający się motyw podczas napadu na bank, gdy złodzieje nie interesują się pieniędzmi przypadkowych klientów pozując trochę na romantycznych terrorystów walczących z usankcjonowaną prawnie lichwą. Mamy motyw bandyty - szaleńca, który w napadzie niewytłumaczalnego amoku zabija funkcjonariusza i rozpoczyna łańcuch zdarzeń prówadzący do katastrofy (konwojent w „Gorączce”, klawisz we „Wrogach”).

Mamy również tajemniczą kastę Wielkich Bandytów, którzy pozostając w cieniu wyrządzają światu dużo większe szkody niż nasi bohaterowie, tyle tylko że żyją w symbiozie z Systemem. Bo nie jest tak, jakoby największym grzechem Dillingera było okradanie ‘uczciwych’ banków – jego grzechem śmiertelnym jest fakt, że otwarcie i OSTENTACYJNIE występuje przeciwko Systemowi. Nikt mu nie zabrania kraść i oszukiwać i to nawet na nieporównywalnie większą skalę, byle tylko robił to w ramach Systemu, dzieląc się z kim trzeba i nie kwestionując samego mechanizmu władzy. Prawdziwi złodzieje zarabiają dziennie tyle, co Dillinger w miesiąc, i to bez ryzyka i brudzenia sobie rąk. Ale Dillinger gra na nosie Władzy, a to właśnie – i tylko to, reszta jest do negocjacji – nigdy nie zostanie wybaczone. Problemem Dillingera nie jest to, że ma przestępcze ciągotki, problemem jest to, że sam chce być Władzą. No a tak się nie da.

Mamy wreszcie w obu filmach frapujący wątek romantyczny, miłość od pierwszego wejrzenia, irracjonalnie narzucone sobie samoograniczenie, które doprowadza naszego Samca do upadku. I Neil i Dillinger spotykają na swojej drodze kobietę, z którą ‘postanawiają’ być do końca życia. Z jednej strony jest to miłość zaborcza (‘od dzisiaj jesteś ze mną’), nie znosząca sprzeciwu, nienegocjowalna, ale z drugiej strony – może właśnie przez tę stanowczość – na swój sposób piękna, bo trwała, dająca poczucie bezpieczeństwa i obietnicę wieczności. Dillinger nie żartuje i nie mydli oczu i jego kobieta od razu to czuje. Gdy Johny mówi, że kocha, to nie ma wątpliwości, że kocha. A ona woli podjąć ryzyko z prawdziwym mężczyzną niż żyć na pół gwizdka z patałachem, który sam nie wie, czego od życia chce. Ciekawe jest to, że kobiety Samców Alfa nie są wcale jakimiś ‘femme fatale’ (tak jak np. Pfeiffer w „Człowieku z blizną”), ale pozornie szarymi myszkami, które z jakichś tajemniczych powodów są jednak samotne, jakby na coś czekając. Ale to, co dla innych mężczyzn zakryte, dla Samca jest jasne jak na dłoni – „Znam Cię”, mówi Dillinger odpowiadając na wątpliwość panny Frechette, że w ogóle jej nie zna. Po prostu – prawdziwy facet od razu rozpozna prawdziwą kobietę. A jeśli kobieta dalej się ociąga („ale ja ciebie nie znam”), trzeba zakończyć sprawę tak jak Dillinger:

Lubię baseball, kino, dobre ciuchy, szybkie samochody, whiskey i CIEBIE. Co jeszcze chcesz wiedzieć?

W ostatniej scenie umierający na ulicy Dillinger szepcze coś do ucha jednemu z ‘chłopców z Dallas’, temu właśnie który strzelił mu od tyłu w głowę. Gdy Purvis pyta się, co powiedział, słyszy w odpowiedzi, że coś tylko niezrozumiale wymamrotał. „Chłopiec z Dallas’ usłyszał Dillingera, ale uznał, że jego szef nie zasługuje na to, aby dowiedzieć się, jak umiera prawdziwy mężczyzna. Poszedł potem to panny Billie Frechette, poczęstował ją papierosem i przekazał coś, co mogła zrozumieć tylko ona:

Powiedz ode mnie Billie – żegnaj Czarny Ptaku.